sobota, 4 stycznia 2014

Ohayo minna!

Ok, ok... trochę się śpieszę... Cały czas siedzę w Soul Society, walcząc z kryzysem.. Dosłownie na chwilę dastałam się do koszar 12-go oddziału... Tylko tu są komputery (w naszych koszrach wszystkie spłonęły, ale o tym kiedy indziej), a internet podłączyłam wczoraj... Jak Mayuri-san akurat spał... Co mi przypomina, że muszę się śpieszyć, bo się strasznie rzuca w tej szafie. Dalsza (trzecia?) część naszej historii. Miłej lektury :D

  Poruszyłam się niepewnie.
-Ale jak to możliwe?- zapytałam- Przecież... Powinnam chyba być duszą, czy czymś takim... plusem...
  Sugimoto myślał przez chwilę, po czym pokiwał głową.
-Tak powinnaś być plusem.
-Więc jak?
-Może to przez moje Zanpakutou. -powiedział niepewnie. Widziałam, że sam w to nie wierzył.
-Czyli... już nie mogę wrócić?
  Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Nie mam pojęcia. Normalnie zostaje się shinigami, gdy ciało już nie istnieje...
-Jest cię dwie...- wyjąkała Maisha, o której zdążyłam zapomnieć.
  Spojrzałam na nią. Stała niedaleko mojego ciała i patrzyła na mnie z głupim uśmiechem.
-Ciebie nie widzą ludzie? Możemy im robić kawały i kraść ciacha! - zawołała, nie przejmując się tym, że nie miała zielonego pojęcia o co chodzi w tej sytuacji.
  Wyszczerzyłam się do niej. Miała (tak swoją drogą dalej ma) dziwną umiejętność, która sprawiała, że mi odwala...
-Możemy wypróbować.
  Wizja śmierci nie wydawała mi się już taka straszna. W sumie, stało się. Nie mogłam tego już odkręcić, więc nie było problemu. Mogłam sobie chodzić gdzie mi się podobało, walczyć z brzydkimi potworkami, straszyć ludzi i zawsze miałam z kim pogadać... Czemu nie?
-Mam wrażenie, że najpierw musimy coś zrobić z...- Sugimoto wskazał na moje ciało
-Hmmm... Chyba masz rację... Może przeniesiemy je nad rzekę? Pomyślą, że wpadłam do wody i się utopiłam.
  Podeszłam do ciała. Coś mi się nie zgadzało. Z początku uznałam, że to po prostu widok mnie samej. Po chwili jednak zauważyłam, że klatka piersiowa dalej podnosi się i opada.
-Eeeee ale... ja żyję- powiedziałam niepewnie.
-Co? To niemożliwe. - Shinigami podbiegł do mnie i przyjrzał się.
  Nachyliłam się i dotknęłam ręką szyi. Chciałam sprawdzić puls. Nagle poczułam dziwne wrażenie. Jakbym zamieniała się w dym, który następnie porusza się. Nic nie widziałam, a po sekundzie uświadomiłam sobie, że mam zamknięte oczy. Otworzyłam je. Nade mną nachylała się pozostała dwójka.
-Co się stało?- Zapytałam zastanawiając się, czemu leżę na ziemi.
  Podniosłam się. A przynajmniej próbowałam. Poczułam ogromny ból w klatce piersiowej, a moja ręka zwisała bezwładnie wzdłuż tułowia. Spojrzałam w dół.
-Co do chole...- udało mi się wydusić.
  Miałam na sobie ta samo ubranie, co wtedy, gdy tu przyszłam. Było całe we krwi. Na brzuchu była spora rana, a ręka... cóż oszczędzę wam tego opisu...
  Tak zaabsorbowała mnie ręka, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w swoim ciele. Tym prawdziwym.
-To nie mamy problemu ze zwłokami.- Powiedziała z zadowoleniem Maisha. - Idziemy na ciacha?
  To było tak bezsensowne, że musiałam parsknąć śmiechem. Chwilę później dołączyła do mnie Maisha, a po kilku sekundach cała nasza trójka tarzała się po ziemi. Było to trochę bolesne w moim stanie, alenie mogłam się powstrzymać.
  Cóż... ciężko było wrócić do domu... Przebrałam się na powrót w „legalne” ubrania. Wraz z Maishą upozowałyśmy napad. Ze niby ktoś nas napadł, po czym zepchnął mnie z mostu. Lekarz stwierdził złamanie ręki i kilku żeber... a może powiedział to shinigami? W sumie pewności nie mam, ale wiem, że gdyby nie Sugimoto, to miałabym problem. Tamta medycyna miała spore braki... W każdym razie rany zagoiły się po paru tygodniach. Ponoć bardzo szybko, ale to była zasługa tego, że po części byłam shinigami.
  W każdym razie po trzech miesiącach w końcu zostałam wypuszczona z domu i pierwszy raz użyłam moich zdolności do pożytecznego celu... Okradłam cukiernie w ciągu dnia, po prostu chwytając ciasta i je wynosząc. Nie wiem co widzieli ludzie, ale chyba się wystraszyli i nikt nie próbował mnie łapać. Od tamtej pory częściej spotykałam się z Sugimoto. Zasługą tego była chyba moja chęć do trenowania. Po długich błaganiach zgodził się mnie uczyć. W zamian za parę ciast...

To byłoby na tyle... wypuszczę już biednego Mayuriego, bo zaraz sobie coś połamie... Dalej nie wiem, czemu bał się mnie dopuścić do kompa. Przecież oprucz tego postu i paru rundek sapera nic nie zrobiłam... Maiłego dnia.
Sujishi Kurokiba- taicho.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz